| |
Czterdziesta siódma
Czterdziesta siódma minuta. Dostałem piłkę gdzieś w odległości 45 metrów od bramki Gecsiego. Uwolniłem się od „anioła stróża" - Szuecsa. Nabrałem szybkości o dość łatwo minąłem trzech Madziarów. Kiedy znalazłem się na szesnastce przerzuciłem piłkę z prawej nogi na lewą, zrobiłem jeszcze jeden zwód i strzeliłem w „długi róg". Piłka musnęła palce robinsonującego Gecsiego, odbiła się od słupka i Węgrzy musieli zacząć grę od środka. 1:1. Sześćdziesiąta ósma minuta. Długa, górna piłka z flanki adresowana była do Włodka. Widzę, że będzie skakał. Wraz z nim uczyniło to trzech obrońców węgierskich, ale w tłoku żaden nie mógł czysto zagrać głową. Ruszyłem więc w tamtym kierunku. Piłka spadła mi prosto pod nogi. Wypuściłem ją do przodu. Ktoś usiłował mnie chwycić za koszulkę, ktoś atakował wślizgiem. Zachwiałem się i w ułamku sekundy pomyślałem: upadnę, może będzie karny. Utrzymałem się jednak na nogach. Gecsi zrobił ruch, usiłując asekurować prawy róg, co wystarczyłoby przy lekkim strzale „zewnętrzną" przenieść piłkę nad nim. Ten ruch pozbawił Węgra możliwości interwencji. Wygraliśmy!" Na złoty medal pracowali wszyscy, ale Deyna był prawdziwym mózgiem zespołu, czołowym strategiem, dyrygentem i strzelcem. Grał koncertowo', bezlitośnie wykorzystywał błędy przeciwników. Kiedy „biało-czerwoni" wyszli na płytę stadionu w Bydgoszczy by rozegrać pierwsze po Igrzyskach w Monachium międzypaństwowe, towarzyskie spotkanie z Czechosłowacją, widownia zgotowała im olbrzymią owację. Najgłośniej skandowano nazwisko Deyny, a on w rewanżu zaaplikował Czechosłowakom dwie bramki.
| |